Zakładki:
Blogi - Przemyśl
Blogi - Pogórze Przemyskie
O mieście
W mieście ...
Video
Kamerki
Prasa
Stare foto
Twierdza Przemyśl
Mapy
W okoicy
Zaglądam, odwiedzam i czytam:
O tym już było
Facebook:
Kontakt:
Po siódme - nie kradnij

__________________________________________



Kategorie: Wszystkie | Miasto | Zakamarki | Okolice | W stronę Słońca... | Bieszczady | Różne
RSS

W stronę Słońca...

czwartek, 15 sierpnia 2013

Wyprawa na ten najwyższy niezalesiony szczyt Pogórza Przemyskiego, który nazywany  jest też potocznie Kopystanką chodziła mi po głowie już od dawna. Pomimo tego, że nie byłem tam już dobry kawał czasu jakoś ciężko było mi się zorganizować. Znakomitym impulsem do tego aby znów się tam wybrać okazała się wizyta znajomych z drugiego końca Polski.

Pagoda była idealna na taką wędrówkę. Nad ranem popadał deszcz, niebo było pełne białych obłoków i wiał przyjemny rześki wiaterek… ale zacznę może od początku.

Wędrówkę rozpoczęliśmy w Rybotyczach w wiosce położonej ok. 36 km na południowy zachód od Przemyśla. Jest to dość duża miejscowość o bogatej historii, ciekawostką może być choćby fakt, że w XV wieku Rybotycze otrzymały prawa miejskie nadane przez Kazimierza Jagiellończyka i pozostały miasteczkiem do 1934 roku. W miejscowości tej znajdował się niegdyś zamek, niestety jego pozostałości znajdują się obecnie na terenie prywatnym. Po więcej szczegółów z historii tej miejscowości i nie tylko odsyłam na strony zaprzyjaźnionego bloga oraz wikipedii.

Do Rybotycz dojechać można z Przemyśla samochodem lub PKS-em. Ze względu na ograniczenia czasowe niektórych z uczestników wyprawy wybraliśmy samochód jako środek transportu, lecz nic nie stoi na przeszkodzie by opisaną przeze mnie poniżej trasę pokonać rowerem.

Jak już wspomniałem wędrówkę rozpoczęliśmy w Rybotyczach, gdzie na parkingu przy kościele zostawiliśmy nasz pojazd i dalej poruszaliśmy się już pieszo. Z parkingu kierujemy się z powrotem do drogi głównej i w prawo. Chodniczkiem dochodzimy do centrum miejscowości. Z tego miejsca zaczną wycieczkę, ci którzy zdecydują się na dojazd PKS-em.

Tu na przeciwko sklepu stoi duża tablica z opisaną historią Rybotycz,

 

Dzieje Rybotycz

 

oraz herb Rybotycz dłuta Pana Jacka Wydrzyńskiego miejscowego artysty.

 

Herb Rybotycz

 

I w tym miejscu kilka słów wyjaśnienia. Tak prawdę mówiąc początkowo miałem zamieścić tylko krótki wpis z Kopysna gdyż w czasie gdy ja maszerowałem wraz ze znajomymi mój aparat odpoczywał w domu zapchany zdjęciami z poprzedniego wieczoru. Jednak dzięki uprzejmości znajomych, którzy udostępnili mi zdjęcia i wyrazili zgodą na ich wykorzystanie na blogu za co w tym miejscu serdecznie im dziękuję mogę podzielić się z Wami całą wyprawą

Wracając do wycieczki od herbu Rybotyckiego ok. 60 m dalej po lewej stronie asfaltu stoi drogowskaz: Kopysno 3 km. W tym miejscu od drogi głównej po prawej stronie odbiją dwie mniejsze dróżki w głąb wioski oddzielone potoczkiem. Wybieramy tą wskazaną przez drogowskaz, gdyż nią dalej prowadzić nas będzie żółty szlak turystyczny. Mijamy zabudowania, wraz z nimi kończy się asfalt i dalej prowadzi już droga gruntowa pnąca się stopniowo w górę. Po przejściu ok. 2,5 km dochodzimy do rozwidlenia. Idąc dalej prosto dojdziemy do Kopysna, a my odbijamy wraz ze szlakiem w lewo. Po chwili wychodzimy z otaczających nas do tej pory krzaków i naszym oczom ukazuje się góra Kopystańka (541 m n.p.m) w całej okazałości. Do szczytu zostało w zależności od tempa marszu jakieś 25 minut. Ostatni odcinek drogi idzie się praktycznie przez łąkę, gdyż ścieżka coraz słabiej widoczna jest z pośród gęstej trawy. Ale za to z każdym krokiem widoki są coraz piękniejsze.

 

Do szczytu już blisko

 

Na szczycie góry od 1997 roku stoi krzyż ustawiony tu dla upamiętnienia pielgrzymki Ojca Świętego Jana Pawła II do Archidiecezji Przemyskiej. Uszkodzony przez wandali drewniany krzyż zastąpiono z czasem metalowym.

 

Krzyż na Kopystańce

 

Po zdobyciu szczytu rozłożyliśmy się wygodnie na trawie i przy śpiewie skowronka  podziwialiśmy przepiękne widoki.

 

Kopystańka 541m n.p.m

 

A jest na co popatrzeć zwłaszcza gdy zabierze się ze sobą lornetkę.

 

Kopystańka

 

Na zdjęciu powyżej widok na Kalwarię Pacławską oraz połoninki kalwaryjskie (na drugim planie). Górki widoczne za pasmem Kalwaryjskim to już szczyty Karpat Wschodnich znajdujące się na Ukrainie.

Kopystańka jest znakomitym punktem widokowym, gdyż tylko od strony południowej niewielką część panoramy przysłaniają czubki drzew. Czas szybko mijał i nawet się nie spostrzegliśmy jak, trzeba było ruszać dalej.

Kolejnym celem naszej wędrówki było Kopysno, nie tyle sama miejscowość, która przed wojną była dużą wioską, co znajdująca  się w niej stara zabytkowa Cerkiew.

 

Kopystańka widok na Kopysno

 

Kopysno dziś liczy sobie zaledwie kilka domów i może tyleż samo mieszkańców. Tylko dzięki tym ludziom miejscowość nie zniknęła z mapy, jak wiele jej podobnych w tej okolicy. Co ciekawe ta mała wioska ma własną stronę internetową na której poczytać można o aktualnych wydarzeniach, historii, i innych interesujących rzeczach.

Z Kopystańki do Kopysna prowadzi czerwony szlak turystyczny, trzeba jednak bacznie się pilnować by go nie zgubić w gęstwinie traw i krzaków. Przechodząc przez wioskę warto poświęcić chwilę by obejrzeć chyba najskromniejszą z podkarpackich cerkwi.

 

Stara Cerkiew w Kopysnie

 

Pamiętam dobrze jak pierwszy raz zobaczyłem tę cerkiewkę, byłem przekonany, że jest to jakaś stara stajnia. Dopiero gdy podszedłem bliżej i zobaczyłem nagrobki i kopułę  z krzyżem uświadomiłem sobie jak bardzo mylne było moje pierwsze wrażenie.

 

Cerkiew w Kopysnie z 1821r

 

Cerkiew w Kopysnie z 1821r

 

Zabytkowa cerkiew zbudowana została w miejscu poprzedniej starszej z XVw. Jak głosi miejscowe podanie cerkiew przetrwała dzięki nieżyjącemu już mieszkańcowi Kopysna Panu Edwardowi Kettnerowi, który to dowiedziawszy się o planach rozbiórki cerkwi, ugościł tych, którzy mieli o tym decydować i przy dobrym trunku wytargował, by przemianować w dokumentach cerkiew na kaplicę cmentarną.

 

Dzwonnica z 1821r

 

Cerkiew w Kopysnie

 

W Kopysnie byłem kilka razy i wnętrze cerkwi oglądałem tylko przez szparę w drzwiach lub wybitą szybkę, której to od lat nikt chyba specjalnie nie wymieniał, właśnie po to by można było choć fragment wnętrza zobaczyć.

 

Cerkiew w Kopysnie

 

Tym razem mieliśmy więcej szczęścia gdyż mogliśmy wejść do środka i w pełni poczuć klimat tego miejsca.

 

Cerkiew w Kopysnie

 

Cerkiew w Kopysnie

 

Cerkiew przetrwała wraz z wyposażeniem oraz prawie kompletnym ikonostasem z 1854r.

 

Cerkiew w Kopysnie

 

Cerkiew w Kopysnie

 

Czas gonił nieubłaganie więc zmuszeni jesteśmy wyruszyć w drogę powrotną. Ostatnie spojrzenie na cerkiew  

 

Cerkiew w Kopysnie

 

i wracamy do miejsca gdzie zeszliśmy ze szlaku kierując się w prawo. Czerwony szlak towarzyszy nam do krzyżówki dróg po czym skręca w lewo prowadząc dalej do Bryliniec. Wybierając drogę po prawej doszlibyśmy do rozwidlenia dróg, gdzie odbijaliśmy na Kopystańkę i dalej w dół żółtym szlakiem do punktu wyjścia. Osobiście strasznie nie lubię chodzić dwa razy tymi samymi ścieżkami podczas jednej wycieczki i jeśli nie muszę, to tego nie robię. Różnie czasem na tym wychodzę ale zawsze jest o czym później opowiadać.

 

Przydrożny krzyż w Kopysnie

 

Przez skrzyżowanie przechodzimy na wprost. Jest to nieco dłuższa droga prowadząca przez łąki ale za to o wiele ładniejsza niż ta którą wchodziliśmy na Kopystańkę.  Nie będę tu się rozwlekał nad dalszym opisem trasy powrotnej. Zainteresowani analizując zamieszczoną poniżej trasę wycieczki oraz mapę Pogórza Przemyskiego będą wiedzieli jak dalej iść.

Zamiast tego wrzucę jeszcze parę widoczków z drogi powrotnej na:

Kalwarię Pacawską:

 

Wzgórze Kalwaryjskie

 

i pozostającą coraz dalej za nami Kopystańską górę

 

Góra Kopystańka 541 m n.p.m

 

Cała opisana przeze mnie trasa liczy ok.11 km.

Przejście jej zajęło nam w przybliżeniu sześć godzin spokojnym marszem rozkoszując się widokami, robiąc pamiątkowe zdjęcia i dając niejedną chwilę wytchnienia naszym nogom.

Poniżej dla zainteresowanych dokładna trasa naszej wycieczki.

 


Pokaż O tym już było - Trasy na większej mapie

sobota, 10 listopada 2012

Po długiej przerwie udało mi się zorganizować i wrócić do nieskończonej, ubiegłorocznej wycieczki z Przemyśla do Krasiczyna. Dzisiejszy wpis jest niejako kontynuacją tego niedzielnego wypadu przerwanego przez nadciągającą wówczas burzę. Jednak opisana przeze mnie poniżej trasa może śmiało stanowić osobną wędrówkę, na którą można się wybrać np. z czworonogiem będąc już w Krasiczynie.

Zapowiadał się kolejny piękny, jesienny dzień jak najbardziej odpowiedni na taki właśnie spacerek. Ta mała „mysza”, (bo tak przezwał mojego kundelka kolega, gdy pierwszy raz go zobaczył) jest niesamowitym obserwatorem. Bardzo szybko orientuje się, gdy szykuje się jakiś wyjazd : ). Tym razem było tak samo i choć był przewidzianym uczestnikiem wyprawy na wszelki wypadek nie odstępował mnie na krok.

Przejazd z Przemyśla do Krasiczyna zajął nam jakieś 15 minut samochodem. Kiedyś na tej trasie kursowały autobus MZK i dojechanie do tej małej miejscowości było o wiele łatwiejsze. Dziś linia ta kończy trasę w Prałkowcach i chcąc dostać się do Krasiczyna pozostaje już tylko do wyboru PKS lub własny środek transportu.

Zanim jeszcze rozpoczęliśmy nasz spacer mój psiak zdążył obszczekać Buldoga, który uznając chyba wyższość „myszy” bądź dla świętego spokoju zwiał, a dumny kundelek wrócił z wysoko uniesionym ogonem : )

Spacer rozpocząłem przy starym żydowskim cmentarzu. Czyli tam, gdzie ostatnio zakończyłem wycieczkę. Znalezienie owego cmentarza nie powinno przysporzyć trudności, gdyż prowadzi tamtędy ścieżka przyrodniczo kulturowa „do Ralla”, która rozpoczyna się przy drodze prowadzącej od zamku w Krasiczynie do rzeki. Początek trasy znajduje się mniej więcej na wysokości wjazdu na most na Sanie po prawej stronie.  Czerwono-biały szlak spacerowy będzie mi towarzyszył w zasadzie przez większą część wycieczki.

Tablica na cmentarzu

 

O cmentarzu było dość głośno swego czasu, a to za sprawą ówczesnego proboszcza Stanisława Bartmińskiego. Kirkut znajduje się w połowie góry z lewej strony ścieżki. Nie pozostało na nim za wiele, gdyż w czasie II wojny światowej, gdy Niemcy zajęli Krasiczyn zdewastowali go prawie całkowicie.

Wspinając się wyżej warto od czasu do czasu spojrzeć za siebie, ponieważ pomiędzy drzewami w pewnym momencie można zobaczyć baszty zamku Krasickich.

Baszty zamku

 

Idąc dalej do góry, po lewej stronie naszym oczom ukażą się dwie wieże telekomunikacyjne. Gdy już dojdziemy na szczyt to właśnie w ich stronę będziemy się dalej kierować.

Wieże telekomunikacyjne

 

Będąc tuż przed szczytem wzniesienia, w miejscu gdzie znajduje się drugi przystanek ścieżki warto zejść trochę z drogi, by zobaczyć dość ładny widok na Krasiczyn z góry.

 Krasiczyn

 

Droga, którą do tej pory szliśmy prowadzi do zabudowań i nią dalej prowadzi ścieżka edukacyjna, by na skrzyżowaniu dróg polnych zawrócić z powrotem w górę do lasu. Ja skracam sobie drogę i kieruję się wzdłuż pola w stronę przekaźników. Podczas mojej ostatniej wizyty w tym miejscu stał tylko jeden maszt, a już są dwa - niesamowite ; )

 

Mazty telekomunikacyjne

 

Mijając anteny po prawej stronie idziemy wzdłuż lasu i dochodzimy do trzeciego przystanku ścieżki. Na skraju lasu znajduje się schron bojowy punktu oporu „Krasiczyn” wchodzący w skład tzw. „Linii Mołotowa”



bunkier w lesie

 

W miejscu tym szlak spacerowy łączy się na chwilę z niebieskim szlakiem turystycznym. Idą one razem do kolejnego wartego uwagi miejsca, czyli do zniszczonego bunkra o którym pisałem w poprzedniej wycieczce.

 

Wysadzony bunkier

 

Naprzeciwko wysadzonego bunkra znajduje się kolejny przystanek ścieżki. W tym miejscu niebieski szlak turystyczny schodzi w dół szeroką aleją w stronę wioski,



Aleja w lesie

 

a szlak spacerowy zawraca i dalej prowadzi szczytem wzniesienia Leoncina. Ja podążam dalej niebieskim szlakiem, lecz wrócę jeszcze na ścieżkę.  Dalsza trasa, którą wybrałem wydaje mi się bardziej ciekawa, a napewno bardziej urozmaicona. Po chwili marszu wychodzimy z lasu, mijamy pierwsze zabudowania. Schodzimy coraz niże.

W połowie drogi między wyjściem z lasu, a wioską Brylińce zza łuku drogi naszym oczom ukazuje się przyjemny widoczek na okolicę.



Widoczek z

 

Przemyśl

 

Widzialność tego dnia nie była zbyt dobra, ale cóż nie można mieć wszystkiego : )

W takich właśnie miejscach mam zwyczaj „rozbijania obozowiska” by w spokoju delektować się krajobrazem, a przy okazji odpocząć sobie i posilić się przed dalszą drogą. Tak też uczyniłem ; )

Po nie tak krótkiej przerwie wyruszyliśmy dalej i niestety, czym niżej, tym więcej porzuconych śmieci można było zauważyć przy drodze. To oznak, że zbliżamy się do „cywilizacji”. Po ok. pięciu minutach marszu od miejsca, w którym odpoczywałem dochodzimy do jednej z bocznych dróg wioski. W tym miejscu szlak niebieski skręca w prawo, ja natomiast idę w przeciwną stronę. Droga prowadzi dalej w dół wąwozem. Kolejne skrzyżowanie dróg przechodzimy bez zmiany kierunku. Od tego momentu będziemy już iść cały czas w górę. Mijając zabudowania, droga łukiem wspina się coraz wyżej i po około siedmiuset metrach dochodzimy do rozdroża i kapliczki.



Kapliczka na rozdrożu

 

Wnętrze kapliczki

 

Idąc dalej ma się wrażenie, że przed nami już tylko las, a tym czasem przechodząc drogą mijamy kolejne gospodarstwa. Przy jednym z nich sfotografowałem ciekawą szopę, przed którą  stały stare sprzęty.



szopa

 

Chciałem się przyjrzeć dokładniej, ale śpiący na tym zdjęciu pies obudził się. I chyba mu się nie spodobało to, że tak się interesuję posesją, bo rzucił się w moją stronę z taką zajadłością, iż przez moment myślałem, że już nie wyjdę z tego spotkania w jednym kawałku. Możecie sobie wyobrazić z jaką ulgą odetchnąłem, gdy tuż przed niekompletnym ogrodzeniem skończył mu się łańcuch.



Droga

 

Doszedłem do miejsca, w którym droga skręca w prawo, a ja kolejny raz zbaczam z wytartych ścieżek i dalsze kroki kieruję w polną dróżkę po lewej stronie.



droga polna

 

Na pierwszy rzut oka droga jest może nie najlepiej widoczna, ale tragedii znowuż nie ma. Wystarczy w miarę się przyjrzeć i iść konsekwentnie w górę w stronę lasu. Będąc w połowie pagórka zobaczymy wystającą zza krzaków ambonę myśliwską, która jest dobrym punktem orientacyjnym.



Ambona myśliwska

 

Droga polna omija ją delikatnym łukiem i stamtąd już widać na skraju lasu drewnianą wiatę ze stolikiem i ławkami znajdującą się przy ścieżce przyrodniczo kulturowej „do Ralla”. Jest to dobre miejsce, w którym można coś przegryźć czy odpocząć. Z uwagi na to, że ja zjadłem to, co miałem już wcześniej, nie było powodu by się tu zatrzymywać.



Wiata na skraju lasu

 

Dalej prowadzić będą nas ponownie biało-czerwone kwadraciki oraz strzałki wyznaczające ścieżkę przyrodniczo-kulturową. Biegnie ona przez zalesiony szczyt góry Leoncina, na terenie której znajduje się rezerwat florystyczny o tej samej nazwie. Tuż przed szczytem przy ogrodzonym młodniku wypatrzyłem Kanie wygrzewającą się w jesiennym słonku.



Kania

 

Pstryknąłem jej pamiątkową fotkę i pomaszerowałem dalej. Za przystankiem siódmym ścieżki pomimo tego, że jesteśmy nadal w lesie, jest takie miejsce, z którego można zobaczyć pomiędzy przerzedzonymi drzewami część wioski Wapowce.



Wapowce

 

Cerkiew w Wapowcach

 

Stąd ścieżka prowadzi już w dół północno zachodnim zboczem góry. Schodzi się tędy dość wygodnie małym wąwozem,



Ścieżka w lesie

 

który wychodzi na polanę. Stojąc na skraju lasu trzeba się dobrze rozglądać, gdyż w wysokiej trawie trudno zobaczyć zielone drogowskazy wyznaczające ścieżkę. Jest to jedyne miejsce, gdzie można nie tyle się zgubić, co chwilę błądzić zanim znajdzie się właściwą drogę. Ja proponuję zlokalizować biało-zielony szlaban grodzący wjazd z drogi na łąkę, znajdujący się lekko po prawej stronie i iść n przełaj w jego kierunku. Moim zdaniem jest on o wiele lepiej widoczny niż wspomniane wyżej drogowskazy, które w konsekwencji doprowadzą do tego miejsca tyle, że okrężną drogą.



Polana

 

Dalej droga jest już równa, szeroka i w zasadzie prosta. Nią po ok. trzystu metrach dotrzemy do kolejnego przystanku, który znajduje się na skraju lasu.I oto jesteśmy w miejscu, od którego wzięła swą nazwę ścieżka przyrodniczo-kulturowa.



Grób konia

 

Napis na tablicy głosi:

„tu leży koń
RALL
Był w wojnie przeciw
Bolszewikom w 1920 r
pod Józefem Xięciem
Sapiehą
Zginą na przeszkodzie
8 X 1926r”

 

Sentencja wypisana na płycie z piaskowca, a właściwie jej dwie środkowe linijki były powodem, dla którego komunistyczna władza chciała zlokalizować to miejsce, by zniszczyć tablicę. Na szczęście nie udało im się tego dokonać i grób konia stanowi jedną z atrakcji Pogórza Przemyskiego.

Stąd prostą, szeroką drogą idziemy już z powrotem w stronę Krasiczyna. Po przejściu ok. kilometra, mijając kolejne przystanki ścieżki dochodzimy do szkółki leśnej. Dale ścieżka prowadzi w las i zboczem przez około pół kilometra w górę rzeki San.

Będąc tylko czasem przejazdem w Krasiczynie, lubię przejść się tamtędy dla samej atmosfery jaka tam panuje. Dość urozmaicone zbocze góry, poprzecinane jarami po jednej stronie wąskiej ścieżki, z drugiej w dole połyskująca pomiędzy gałęziami drzew tafla wody i do tego złote odcienie jesieni …

Pozostawiam Was z tym opisem, gdyż żadne ze zdjęć, które zrobiłem nie oddają panującego tam klimatu.

Ścieżka kończy się przy domkach letniskowych w Krasiczynie, a z lasu wychodzi się wzdłuż ogrodzenia „Karczmy u Marty”.

Idąc dalej w stronę mostu mijamy miejsce, gdzie kiedyś przepływał przez rzekę prom i tu spędziłem dłuższą chwilę wpatrując się w spokojnie płynącą rzekę i w kolorowe zbocze góry.



Zakole Sanu

 

Dziś patrząc na ten sielankowy obrazek, mało kto pamięta, że San stanowił niegdyś granicę miedzy Rzeszą niemiecką a ZSRR, o czym przypomina ustawiony nieopodal tego miejsca pomnik.



Pomnik w Krasiczynie

 

Pomnik w Krasiczynie

 

I tak oto dotarłem praktycznie do punktu, w którym rozpocząłem wycieczkę. Trasa, którą opisałem ma ok. osiem i pół kilometra, jej przejście spokojnym marszem zajęło mi tak w przybliżeniu cztery i pól godziny. Poniżej zamieszczam zdjęcie satelitarne z naniesioną trasą przemarszu.



Trasa

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Zapraszam na foto wycieczkę z niedzielnego wypadu do Krasiczyna.

Korzystając z tego, że synoptycy zapowiadali kolejny ciepły majowy dzień postanowiłem tak jak to miałem niegdyś w zwyczaju wziąć plecak, rower oraz jeszcze parę niezbędnych rzeczy i wyruszyć za miasto.

Celem wyprawy był położony o ok. 10 km od Przemyśla Krasiczyn. Niegdyś małe miasteczko, dziś wieś znana w całej Polsce z zabytkowego, renesansowego zamku. Trasa którą wybrałem jest urozmaicona oraz bardzo malownicza i co ważne omija szerokim łukiem nudną i ruchliwą (zwłaszcza w niedzielę) drogę nr 28 Przemyśl – Sanok.

Wycieczkę zaczynam z centrum miasta czyli w przemyskim rynku. Dalej kieruje się w stronę Katedry, a następnie ulicami: Kapitulną, Tatarską i L. Pasteura.

Jadąc ul. Tatarską już w jej połowie uświadomiłem sobie, że czasy mojej świetności chyba minęły ; ) ale nie dając za wygraną
z małymi przerwami wspinam się dalej.

 

Zamek kazimierzowski

Zamek Kazimierzowski widok od ul. Tatarskiej

 

Ul. Tatarska

Ul. Tatarska

 

Gdy już dotarłem na sam szczyt Zniesienia cały wysiłek  szybko zrekompensował przepiękny widok na leniwie budzące się do życia miasto. Po dłuższej chwili wpatrywania się w zaspany Przemyśl zdałem sobie sprawę z tego, że nie mam przy sobie statywu : (
Co niestety skutkuje niemożnością  zamieszczenie tu panoramy miasta. A szkoda.

Nie pozostaje mi nic innego w tym momencie jak odwołać się do waszej wyobraźni.

A na otarcie łez – widoczek na stok  ; )



Stok narciarski

 

Na Zniesieniu wjeżdżam na czerwony szlak, który biegnie wzdłuż ul. L. Pasteura i doprowadzi mnie do krzyżówki na górze Wapielnica. Po drodze zatrzymywałem się jeszcze kilkakrotnie, ale już nie z powodu zadyszki lecz by rozkoszować się widokiem.

Jednym z przystanków na trasie był fort „Kruchel”.

 Fort Kruchel

 

Dawno mnie tu nie było i z czystej ciekawości chciałem zobaczyć czy coś się zmieniło od mojej ostatniej wizyty. Niestety jak większość fortów pomocniczych czy wspierających, ten również jest zarośnięty i zapomniany, ale na szczęście powoli zaczyna się to zmieniać. Walające się śmieci przy wejściu do fortu świadczą o tym, że od czasu do czasu ktoś tu zagląda i bynajmniej nie po to by posprzątać. Wysokie pokrzywy i nieprzyjemny zapach skutecznie zniechęciły mnie do dalszego „zwiedzania”.

Fort Kruchel

Fort ten o wiele lepiej prezentuje się z lotu ptaka. By nie pozostać gołosłownym proszę : )



Fort Kruchel

 

Szkoda tylko, że trzeba wzbić się w niebo by dostrzec jego urok. Potencjał tego miejsca jak na razie się marnuje, ale kto wie? Może za jakiś czas, ktoś zauważy i doceni fakt, że ten fort leży na terenie miasta tuż przy głównym szlaku turystycznym…

Jadąc dalej w stronę G. Wapielnicy warto przystanąć na chwilę i popatrzeć jeszcze na coraz bardziej pozostające w tyle miasto.

Przemyśl

 

Jest i panorama. Okazuje się, że i bez statywu też można pstryknąć panoramę : )

Parę metrów dalej widoczek na żwirownię i Ostrów.



Żwirownia w Ostrowie

 

Dalej droga prowadzi w dół, by po nie tak krótkim zjeździe znów zacząć wznosić się stopniowo do góry. Podczas zjazdu po lewej stronie ukazuje się nam całkiem przyjemny  łąkowo – leśny widoczek z Optyniem w tle.

Podjeżdżając pod Wapielnicę chwilę przed szczytem po lewej stronie w odległości ok. dwudziestu metrów od drogi można dostrzec tablicę  w kształcie macewy pękniętej na pół, upamiętniającej miejsce, w którym mieszkańcy Przemyśla i okolic zostali zamordowani przez hitlerowców.

Tablica upamiętniająca mord

 

Docieram do krzyżówki gdzie czerwony szlak skręca w lewo, w stronę Birczy, a mnie dalej prowadzić będzie szlak: czarny z niebieskim, które odbijają w prawo, w stronę Kruchelu Wielkiego. Dalej kamienista droga prowadzi w dół leśną aleją. W trakcie zjazdu uśmiech na mojej twarzy wzbudził ustawiony w środku lasu znak:



Przemyśl :)

 

Zwolniłem więc do 50 km/h i uważając na foto radary jechałem dalej ; )

Szlak jest dobrze oznakowany, więc wystarczy bacznie się rozglądać, by nie przegapić dróżki, która skręca w prawo. Jadąc drogą cały czas prosto w dół dotrzemy do dzielnicy Kruchel Wielki a dalej do ul. Sanockiej.

Gdy uda nam się nie zbłądzić będziemy mogli jeszcze raz spojrzeć na panoramę Zasania z osiedlem Malawskiego i Rycerskim w roli głównej.



Przemyśl widok z okolicy

 

Przede mną moja ulubiona część trasy tzw. „droga o stu zakrętach”, określenie to znakomicie oddaje jej charakter. Szlak bowiem prowadzi w dół przez las, który poprzecinany jest krętymi ścieżkami, które plączą się i błądzą pomiędzy drzewami, by w końcu złączyć się w jedną drogę, którą wyjedziemy z lasu.

Kierując się dalej w prawo dojedziemy do mostu nad potoczkiem w Prałkowcach. Mijam zabudowania i docieram do drogi, która łączy Prałkowce i Zalesie.

Dla tych którzy mają już dość, to jedno z dwóch dogodnych miejsc by zrezygnować z dalszej jazdy bezdrożami i wrócić do Przemyśla. Wystarczy skręcić w prawo i asfaltową drogą jadąc w dół dojechać do drogi Przemyśl - Krasiczyn.

Ja nie daję za wygraną i jadę dalej. Przejeżdżam przez asfalt i obok przydrożnego krzyża wjeżdżam na drogę, którą kieruję się
w górę w stronę lasu. Docieram do szlabanu, który broni wjazdu do lasu miłośnikom czterech kółek.

W tym miejscu niebieski i czarny szlak rozchodzą się. Spotykają się one raz jeszcze na samym szczycie wzniesienia przy forcie VII „Prałkowce”. Można więc tu zdecydować czy chce się jechać leśną drogą w stronę fortu (szlak niebieski) czy kamienistą drogą forteczną (szlak czarny). Ja wybrałem (moim zdaniem) mniej forsującą, ale za to może nieznacznie dłuższą drogę forteczną.



Fort VII Prałkowce

 

Fort VII Prałkowce - wejście

 

Fort VII Prałkowce

 

Fort VII Prałkowce

 

Fort VII Prałkowce - żelbetonowa twarz

 

Fort ten jest bez dwóch zdań o wiele ciekawszy od poprzedniego. Choćby tylko z uwagi na fakt, że jest on jednym z fortów grupy głównych pierścienia zewnętrznego dawnej Twierdzy Przemyśl. Wchodząc na teren budowli poczuć można charakterystyczny panujący tu klimat. Zwiedzając fort i nie tylko ten należy zachować szczególną ostrożność ze względu na różne niebezpieczeństwa tj. np. niezabezpieczone i niejednokrotnie ukryte w trawie szyby wentylacyjne. Nie muszę chyba dodawać, że samotne wyprawy w takie miejsca to nie jest raczej zbyt dobry pomysł.

Więcej informacji na temat fortu możecie przeczytać na:

http://www.przemysl24.pl/twierdza_przemysl_opisy/fort-7-pralkowce.html  

Jak już wcześniej wspomniałem w tym miejscu krzyżują się szlaki niebieski i czarny. Stojąc tworzą w stronę fortu niebieski odbija w prawo w stronę Tarnawiec, a czarny, (którym dalej będę jechał) skręca w lewo by zakończyć swój bieg przy drodze nr 28 Przemyśl – Sanok.

 Szlak forteczny

 

I w taki oto sposób dotarliśmy do drugiego miejsca, z którego można wrócić do Przemyśla drogą asfaltową (w prawo). Lub zjechać w lewo wprost do Krasiczyna (ok. 2,3 km)

Ja kolejny raz rezygnuję z asfaltu i zjeżdżam dosłownie kilkadziesiąt metrów drogą w stronę Przemyśla by za moment wjechać na drogę „osiedlową” domków jednorodzinnych, która znajduje się po drugiej stronie drogi. Gdy już na nią wjedziemy po naszej prawej będziemy mieli las a po lewej rząd domków.

Jadąc dalej pilnujemy prawej strony, gdyż obok małego terenu ogrodzonego siatką (punkt ujęcia wody) skręcamy w prawo na ledwie widoczną leśną ścieżkę by po ok. pięćdziesięciu metrach dojechać do większej leśnej drogi. Skręcamy w lewo i jedziemy nią cały czas kierując się w stronę masztu nadzianego różnymi antenami, który zobaczymy jak tylko wyjedziemy z lasu.

Wieża telekomunikacyjna

 

Gdy dojedziemy do rozwidlenia polnej drogi dalej kierujemy się dróżką w prawo, która omija wieżę i kieruje się w stronę lasu. Wjeżdżając do lasu skręcamy w prawo. I w ten oto sposób znów znajdujemy się na niebieskim szlaku. Trzymając się go jedziemy dalej jeszcze przez chwilę do miejsca, w którym droga zbliżą się do skraju lasu, z którego rozpościera się ładny widok na Tarnawce, żwirownię w Ostrowie i Przemyśl.



Tarnawce, żwirownia, Przemyśl

 

Stąd już przysłowiowy „rzut beretem” do kolejnego wartego zobaczenia miejsca, a mianowicie wysadzonego bunkra pamiętającego jeszcze czasy II Wojny Światowej. Znajduje się on po lewej stronie ok. dziesięć metrów od drogi, którą jedziemy. Widać go
z niej, ale da się go przegapić, gdyż kształtem przypomina on na pierwszy rzut oka skałę wyrastającą z ziemi wysoką na ok. dwa i pół metra. Gdy podchodzi się bliżej z pośród drzew wyłaniają się kształty świadczące o tym, że jest to dzieło stworzone przez człowieka a nie przez naturę.

Niesamowite miejsce, na które dawno, dawno temu natrafiłem. Nie ukrywam, że jest ono jednym z moich ulubionych, do których lubię wracać ilekroć jestem w okolicy i mam troszkę czasu.



Wysadzony bunkier Linii Mołotowa

 

Wysadzony bunkier Linii Mołotowa

 

Wysadzony bunkier Linii Mołotowa

 

Wysadzony bunkier Linii Mołotowa

 

Niestety zdjęcia nawet w połowie nie oddają magii tego miejsca, trzeba to po prostu zobaczyć. Na szczęście bunkier a raczej to co z niego zostało jest zapomniany przez lokalne władze i dzięki temu można go oglądać w jego wyjątkowym i nienaruszonym klimacie. Za każdym razem gdy tu jestem tracę rachubę czasu bo nigdzie chyba beton i natura tak znakomicie się nie komponują.

Gdy wsiadłem z powrotem na rower zaniepokoiły mnie pomruki dobiegające z nieba. W związku z tym, że docierały z daleka stwierdziłem, że mam jeszcze trochę czasu i kontynuowałem  wycieczką. W planach miałem jeszcze kilka miejsc do odwiedzenia. 

Z wysadzonego bunkra wróciłem tą samą drogą do miejsca, w którym wjechałem do lasu. Nie wyjeżdżając z niego jechałem dalej drogą prosto, która powoli zaczyna schodzić w dół. Jakieś sto metrów od miejsca, w którym minąłem wjazd do lasu  po lewej stronie stoi drugi bunkier Linii Mołotowa również zniszczony ale nie w takim stopniu jak poprzedni.



Zniszczony bunkier

 

Żeby wyjechać z lasu należy dalej trzymać się tej leśnej drogi, na której się znajdujemy. Dalej zmienia się ona w dość malowniczy
i miejscami stromy wąwóz, którym przyjemnie się jedzie. Droga prowadzi cały czas w dół i wyjeżdża z lasu tuż nad cmentarzem żydowskim w Krasiczynie.

Gdy wyjechałem z lasu okazało się, że z zachodu dość szybko nadciągają burzowe chmury, które już opanowały połowę nieba. Nie zwlekając ani chwili dłużej szybko pstryknąłem jeszcze jedną fotkę na cmentarzu i szybko zwinąłem sprzęt, zjechałem do Krasiczyna i rozpocząłem wyścig z czasem.



Tablica na cmentarzu żydowskim w Krasiczynie

 

Byłem pewien, że burza mnie prędzej czy później dopadnie. Wolałem jednak, by stało się to raczej w mieście, bo zapowiadało się na dłuższą ulewę. Na moje szczęście chmury przemieszczały się wolniej niż początkowo sądziłem i udało mi się dojechać do domu. Dosłownie kilka minut po tym jak zamknąłem za sobą drzwi zaczął padać gruby deszcz, a po chwili grad…

Jak się łatwo domyślić w związku tym, że nieudało mi się zrealizować w całości założonego planu i by nie pozostawić niedokończonej wycieczki

C.D.N.

 

Alkioneus07